Świadomości samego siebie nabieramy poprzez relacje z innym człowiekiem; i to właśnie sprawia, że ta relacja z innym człowiekiem staje się nie do zniesienia.
Mapa Europy przypomina talerz z jakimś nieudanym daniem. Niemiecki kotlet, fura rosyjskich ziemniaków, francuska sałata, włoski szparag, hiszpański deser i brytyjski kompot na popitkę. To tu, to tam wszystko równo upaćkane plamami jakichś sosów. Sos węgierski, sos czeski, rumuńskie sadzone jajko, szwedzko-norweski śledź z dorszem na przystawkę, musztarda Beneluksu, polski szpinak, nadgryziona i pokruszona grecka kromka - jednym słowem niezły pasztet. Gdy patrzę na to z góry, jedyną rzeczą, która przychodzi mi do głowy, jest jakaś porządkująca interwencja albo po prostu wielkie sprzątanie, jak po hucznym i niechlujnym przyjęciu. Andrzej Stasiuk Moja Europa Dwa eseje o Europie zwanej Środkową
Podróżować w dzisiejszych czasach samolotem, niezależnie od tego, jaką linią lotniczą, niezależnie od celu podróży, oznacza, że człowiek przez cały czas trwania lotu jest traktowany jak kawał gówna. Skuleni w śmiesznie małej przestrzeni, z której trudno się wydostać, nie przeszkadzając sąsiadom siedzącym w tym samym rzędzie foteli, od razu słyszymy serię zakazów wydawanych przez stewardesy z przyklejonymi do ust fałszywymi uśmiechami. Gdy tylko wchodzimy na pokład samolotu, natychmiast zabierają nam wszystkie rzeczy i zamykają w schowku na bagaże – do którego, aż do lądowania, nie można mieć pod żadnym pozorem dostępu. Przez cały lot wymyślają najrozmaitsze szykany, uniemożliwiając wszelki ruch i w ogóle jakąkolwiek aktywność, poza tymi, które przewiduje ściśle określony, dość ubogi repertuar: degustacja napojów gazowanych, amerykańskie filmy na wideo, zakupy produktów po cenach wolnocłowych. Ciągłe poczucie niebezpieczeństwa, podsycane obrazami katastrof lotniczych, jakimi żywi się na...
Szli długo, a on nie czuł najmniejszego zmęczenia. Jesienne liście wyściełały aleję coraz grubszą, coraz piękniejszą warstwą; w końcu zatrzymali się i usiedli pod drzewem. To nie jest jeszcze pora na umieranie, pomyślał Paul, kolory wokół nich są zbyt ciepłe, zbyt olśniewające, trzeba poczekać, aż liście zaczną tracić barwę, pokrywać się błotem, aż będzie zimniej, aż wczesnym rankiem zacznie się czuć w powietrzu zalążki długiego zimowego mrozu, ale to wszystko nastąpi dopiero za kilka tygodni, może kilka dni, i wtedy nadejdzie moment pożegnania. Myśli pociągnęły go daleko poza rzeczywistość i mimowolnie zapytał Prudence: – Czy będziesz gotowa, kochanie? Nie okazując najmniejszego zaskoczenia, odwróciła się w jego stronę, kiwnęła głową i uśmiechnęła się; był to tak dziwny uśmiech, że Paulowi zakręciło się w głowie, a ona powiedziała łagodnym tonem: – Nie przejmuj się, najdroższy, nie będziesz musiał długo na mnie czekać. Przez chwilę zastanawiał się, czy ona nie bredzi, po czym nagle zr...