Wiara
Zimna woń świętych kamieni przemówiła do niego. Wstąpił po wytartych stopniach, pchnął wahadłowe drzwi, wszedł cicho i stanął w głębi. Coś się dzieje: jakieś zgromadzenie. Szkoda, że tak pusto. Dobre, zaciszne miejsce, żeby znaleźć się blisko jakiejś dziewczyny. Kto jest mym bliźnim? Stłoczeni godzinami przy powolnej muzyce. Ta kobieta w czasie pasterki. Siódme niebo. Kobiety z szkarłatnymi pętlami sznurów na szyjach klęczały w ławkach, z pochylonymi głowami. Grupka ich klęczała przy balaskach przed ołtarzem. Ksiądz przesuwał się przed nimi, mamrocząc, trzymając tę rzecz w rękach. Zatrzymywał się przy każdej, wyjmował hostię, strząsał z niej kropelkę albo dwie (czy są w wodzie?) i wkładał ją zręcznie w jej usta. Kapelusz i głowa kobiety zapadły się. Teraz następna: mała staruszka. Ksiądz pochylił się, żeby włożyć jej to w usta, mamrocząc przez cały czas. Łacina. Następna. Zamknij oczy i otwórz usta. Co? Corpus. Ciało. Korpus. Zwłoki. Dobry pomysł ta łacina. Oszołamia je najpierw. Pocie...