Znajdujemy się dokładnie w środku cynicznej samozagłady; niezbyt doskonałe dzieci niezbyt doskonałej epoki, która za każdym razem tylko wówczas uznaje się za dopełnioną, kiedy wszystkie żyjące w niej istoty, spoczywając w najgłębszym cieniu ludzkiej historii, ostatecznie osiągną swój ponury i jedynie przez pewien czas jasny cel: zapomnienie. (...) Nie ma końca historii, nie ma końca niczego, nie możemy już się oszukiwać, że coś w naszym życiu ostatecznie dobiegnie końca. Jedynie coś tam kontynuujemy, jakoś podtrzymujemy, coś biegnie i coś zostaje. Wprawdzie tworzymy jeszcze dzieła sztuki, ale już o nich nie mówimy, nie są niczym szczególnie podniosłym. Przyjmujemy za podstawę to, co dotychczas zawsze określało istotę naszej la condition humaine, z poczucia obowiązku, lecz bez najmniejszego pomysłu, pełni surowej dyscypliny, choć w rzeczywistości niczym więźniowie skostniałego stanu ducha na nowo nurzamy się w błotnistej wodzie całości obrazującej ludzką egzystencję. Nie popełniamy już błędów brawury, oświadczając, że nasz wyrok jest tym ostatnim, ani nawet nie twierdzimy, że nie ma już drogi dalej. Nie możemy powiedzieć, że skoro nic nie ma sensu, to w dziełach nie ma już ani czasu, ani opowieści, podobnie jak nie mogąc twierdzić, że w poszukiwaniu sensu rzeczy nikt poza nami nie ma szans się odnaleźć, stwierdzamy: dla nas już stało się jasne, że kiedy rozczarowani daremnie próbujemy zapomnieć o samych sobie i wyruszamy ku szlachetniejszemu celowi czy wyższej sile, wszystkie nasze starania skazane są na sromotną porażkę. I choć próbujemy mówić o naturze, ta tego nie chce, próbujemy mówić o tym, co boskie, ono też tego nie chce, i w ogóle daremnie chcemy, nie potrafimy, mówiąc o czymś, wyjść poza samych siebie, bo umiemy jedynie mówić o historii, o stanie człowieka, o nigdy niezmieniającej się jakości, która tylko dla nas jest intrygującym odniesieniem, zresztą, z punktu widzenia „tego boskiego zresztą”, w tym leży istota rzeczy, więc może od zawsze i raz na zawsze: jest po prostu wszystko jedno.
