Najgorszy był ten skandal, w który został wciągnięty, pojawiając się teraz już niemal codziennie na stronach tych szmatławców, tych kloacznych mediów. Rozgoryczony zadał sobie pytanie: „I na co ci się zdał twój mały azyl, twoje schronienie wśród książek, grafik, płyt, tych wszystkich rzeczy pięknych, wyrafinowanych, subtelnych, inteligentnych, kolekcjonowanych z takim zapałem w głębokiej wierze, że w tej mikroskopijnej ostoi cywilizacji obronisz się przed prostactwem, płytkością, głupotą i pustką?”. Jego dawna idea, że pośród burzy trzeba wznosić takie wyspy czy fortece kultury, opierające się barbarzyństwu otoczenia, nie sprawdziła się. Skandal wywołany przez Ismaela i hieny wsączył swój kwas, swą ropę, swój jad do jego gabinetu, tego terytorium, na którym od wielu, wielu lat – dwudziestu, dwudziestu pięciu, trzydziestu? – chronił się, by żyć prawdziwym życiem. Życiem dającym wytchnienie od polis i umów ubezpieczeniowych, intryg i małostkowości lokalnej polityki, od żebraniny i kretynizmu ludzi, z którymi był zmuszony obcować na co dzień. Teraz, w trakcie tego skandalu, na nic zdawało się szukanie samotności w gabinecie. Próbował to zrobić poprzedniego dnia. Włączył płytę winylową z pięknym nagraniem, oratorium Arthura Honeggera Król Dawid, wykonanym w samej katedrze Notre Dame w Paryżu, które zawsze go wzruszało. Tym razem ani przez chwilę nie był w stanie skoncentrować się na muzyce. Był rozkojarzony, pamięć podpowiadała mu obrazy i zmartwienia ostatnich dni, dreszcz obrzydzenia, przypływ żółci za każdym razem, gdy odkrywał swoje nazwisko w wiadomościach, o których, choć nie kupował tych czasopism, donosili mu znajomi albo które komentowali z uporem maniaka, zatruwając życie jemu i Lukrecji. Musiał wyłączyć adapter i siedzieć przez chwilę bez ruchu z zamkniętymi oczami, słuchając bicia serca, ze słonawym posmakiem w ustach. „W tym kraju nie sposób zbudować ostoi cywilizacji, choćby mikroskopijnej”, zakonkludował. „Prędzej czy później barbarzyństwo zrówna to wszystko z ziemią”. I po raz kolejny powiedział sobie, jak zawsze w przypływie przygnębienia, że bardzo się pomylił za młodu, kiedy postanowił nie emigrować i zostać tutaj, w Limie Okropnej, przekonany, że uda mu się zorganizować życie w taki sposób, żeby – choć ze względu na konieczność zarabiania na życie będzie musiał spędzać wiele godzin dziennie wśród głośnych Peruwiańczyków z wyższych sfer – żyć tak naprawdę w tej enklawie, czystej, pięknej, wzniosłej, utworzonej z rzeczy idealnych, którą zbuduje sobie jako alternatywę dla codziennego jarzma. Wtedy właśnie sformułował ideę ostoi ratunkowych, zgodnie z myślą, że cywilizacja nie jest i nigdy nie była ruchem, ogólnym stanem rzeczy, atmosferą ogarniającą całe społeczeństwo, lecz niewielkimi cytadelami wznoszonymi w czasie i przestrzeni, stawiającymi ciągły opór tej sile instynktownej, gwałtownej, tępej, szpetnej, niszczycielskiej, bestialskiej, która władała światem i która teraz dostała się do jego domu.
